^ Powrót na górę

 

 

Złoto II Rzeczypospolitej tematem wykładu dr. Wróbla

Rozmiar tekstu:

klub historyczny
Na zaproszenie Klubu Historycznego im. Stefana Roweckiego „Grota”, do Sieradza przyjechał dr hab. Janusz Wróbel z łódzkiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. W Powiatowej Bibliotece Publicznej wygłosił wykład zatytułowany „Wojenne losy polskiego złota”.

Szkoda, że żaden reżyser nie nakręcił dotychczas filmu opowiadającego o dziejach polskich rezerw złota, wywiezionych z kraju w pierwszych dniach września 1939 r. Wysoką oglądalność miałby zapewnioną.

Mowa o 70 tonach złota kruszcowego w 3 tysiącach sztab o wartości 87 mln ówczesnych dolarów amerykańskich lub 465,5 mln przedwojennych złotych. – Czy to było dużo? Patrząc obiektywnie może się wydawać, że tak, ale w porównaniu z rezerwami innych państw liczby te nie są imponujące. Na przykład znacznie mniejsza od Polski Belgia w tym samym czasie posiadała zasoby złota liczące 600 ton. Tyle że kraj ten dysponował zasobnymi w ten kruszec koloniami w Kongo i nie musiał się odbudowywać po zaborach, jak nasze państwo – mówił Janusz Wróbel.

Kiedy wojenne napięcie w Europie końca lat 30. było coraz większe i stało się jasne, że niemiecka agresja jest kwestią czasu (o sowieckiej nikt wówczas nie mówił), wśród polskich władz pojawiało się coraz więcej głosów o konieczności wywiezienia z kraju majątku Banku Polskiego.

Latem 1939 problem był już palący, jednak sprawa napotkała na poważne problemy natury technicznej. – Dziś, gdy nasze ulice są zatłoczone samochodami, trudno uwierzyć, że w całej przedwojennej Polsce było zaledwie około 35 tys. aut, osobowych i ciężarowych. Powstał więc kłopot ze sformowaniem kolumny transportowej, mogącej jednorazowo przewieźć całe zasoby polskiego złota – opowiada dr Wróbel. A zasobów tych nie składowano w jednym miejscu. Połowa sztab znajdowała się w Warszawie, po drugą transport musiał jechać do Brześcia, Lublina, Siedlec i Zamościa. Złoto przewożono autobusami należącymi do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych.

Kolumna ruszyła 4 września z Warszawy w stronę Brześcia, a stamtąd do Lublina. Specjalnie się nie spieszono, sądząc, że niemieckie natarcie zatrzyma się na linii Wisły i front się ustabilizuje. Odpowiedzialni za transport pułkownicy Ignacy Matuszewski i Adam Koc nie przypuszczali, iż dosłownie za chwilę na wschodnie rubieże wkroczy Armia Czerwona, a Niemcy szybko zajmą Warszawę i pójdą dalej.

Kolumna pojechała więc w kierunku Rumunii – kraju, z którym łączyły nas antyradzieckie pakty wojskowe, ale jednocześnie sojuszniczego względem Niemiec. Na szczęście Rumuni zgodzili się na szybki tranzyt polskiego złota przez ich kraj, a zrobili to mimo protestów zarówno Niemców, jak i Rosjan. Jedni i drudzy uważali, że majątek nieistniejącego ich zdaniem państwa polskiego, należy się właśnie im.

Tak transport dotarł do portu w Konstancy, a stamtąd, statkiem przez Morze Czarne, do Stambułu. Z Turcji było już blisko do francuskich kolonii w Syrii i Libanie, gdzie, jak się wydawało, polski skarb będzie bezpieczny. Droga, jaką następnie pokonał, wiodła przez Bejrut do Marsylii. – Kiedy majątek Rzeczypospolitej był już na terenie kraju sojuszniczego, zastanawiano się, co z nim zrobić. Opcje były dwie: przeznaczyć złoto na bieżącą działalność sformowanego właśnie rządu polskiego na uchodźstwie albo odłożyć je na okres powojenny, gdy trzeba będzie odtwarzać struktury państwa. Sprawa rozwiązała się sama, bo nasi alianci zobowiązali się kredytować polskie władze na bardzo korzystnych warunkach, z zastrzeżeniem spłaty po wojnie. Polskie złoto złożono w skarbcu oddziału Banku Francji w Nevers nad Loarą. Był już październik 1939, gdy znalazło się pod kontrolą polskiego rządu – opowiada dr Wróbel.

Tu wydarzenia mocno przyspieszają. Wiosną 1940 r. Niemcy uderzają na Francję i ta szybko kapituluje. Dosłownie w ostatniej chwili Polacy proszą Anglików o przysłanie statku, którym skarb zostanie przewieziony do Stanów Zjednoczonych. Zamiast do USA, popłynął on jednak do Casablanki, a niedługo potem do Dakaru, a więc znów do kolonii francuskich. Francuzi, w obawie przed przejęciem złota przez Brytyjczyków, wywieźli skrzynie 800 km w głąb pustyni i ukryli w budynku obok dworca kolejowego w Kayes (obecnie na terenie republiki Mali). Francuski rząd kolaboracyjny jednak nie wydał skarbu Niemcom, a komitet narodowy gen. Charlesa de Gaulle’a obiecał zwrócić go Polakom. Na początku 1944 r. złoto wróciło do prawowitych właścicieli. Decyzją rządu londyńskiego, zostało podzielone na trzy części i rozlokowane w Nowym Jorku, Ottawie i Londynie.

Jakie były dalsze losy polskiego skarbu – nie wiadomo. Zdaniem Janusza Wróbla, jego część (około 10 procent) przejęli polscy komuniści, którzy w 1952 r. w miejsce zlikwidowanego Banku Polskiego utworzyli Narodowy Bank Polski. Ile i na co wydali, też nikt dziś nie potrafi powiedzieć. Nieznane są również dzieje pozostałego złota, wywiezionego z Polski na początku wojny.

T.O.

1  2

3  4

5  6