^ Powrót na górę

 

 

Stanisław Srokowski i historia „Wołynia”

Rozmiar tekstu:

muzeum
Sieradzki oddział Związku Sybiraków i Instytut Pamięci Narodowej Oddział Łódź zainicjowały spotkanie z pisarzem Stanisławem Srokowskim, autorem książki „Nienawiść”, która była podstawą scenariusza filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”. Spotkanie odbyło się w Muzeum Okręgowym.

Opowieść Smarzowskiego nie jest wiernym odwzorowaniem książki. – Z filmu wynika, że do masowego ludobójstwa doszło przede wszystkim na terenach dawnego województwa wołyńskiego na kresach Rzeczypospolitej, bo to tam rozgrywa się akcja filmu i tak sugeruje jego tytuł. W rzeczywistości Ukraińcy dokonywali masakr na ludności polskiej na całym obszarze południowo-wschodniej przedwojennej Polski. To po pierwsze. Druga sprawa: reżyser osadził swoją opowieść w 1943 roku, co może sugerować, że wcześniej i później sytuacja mieszkańców kresów nie była tak tragiczna jak wówczas. Zapewniam, że była, i to dosłownie od pierwszych dni sowieckiej okupacji. Mordy na Polakach trwały do końca wojny, a i po niej też, tyle że upowcy grasowali już w Bieszczadach, dokąd uciekli przed Armią Czerwoną – mówi Stanisław Srokowski.

Autor „Nienawiści” wie co mówi, bo sam pochodzi z Kresów Wschodnich. Urodził się w 1936 r. w miejscowości Hnilcze i od wczesnego dzieciństwa słuchał świeżych jeszcze wspomnień ocalałych z rzezi mieszkańców tamtych okolic. Dlatego wie, że zorganizowane pogromy Polaków na terenach zamieszkałych przez ludność polsko-ukraińską rozpoczęły się pierwszego dnia radzieckiej napaści na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej. – Już 17 września 1939 r. nacjonaliści ukraińscy uderzyli na trzy powiaty, dosłownie wyrzynając ich ludność. Jako pierwsza ucierpiała wieś Sławentyn w powiecie podhajeckim województwa tarnopolskiego. Jej ludność została praktycznie w całości bestialsko wymordowana, niezależnie od płci i wieku. Techniki zbrodni, jak i użyte podczas niej narzędzia, znane są ze wszystkich późniejszych opowieści o rzezi wołyńskiej. To było dzikie, barbarzyńskie, atawistyczne, pierwotne znęcanie się przy użyciu siekier, wideł, pił, kos, noży i sierpów. Smarzowski w „Wołyniu” co prawda wszystko to pokazuje, ale robi to w sposób wygładzony, zdecydowanie delikatniejszy niż zrobiłem to ja w mojej książce. I dobrze, bo gdyby zachował realizm oryginału, filmu nie dałoby się oglądać, a przynajmniej nie przez masowego odbiorcę – opowiadał pisarz.

Stanisław Srokowski poruszył też temat braku świadomości współczesnych Polaków na temat tego, co wydarzyło się ponad 70 lat temu na Wołyniu. Trudno się temu dziwić, skoro przez kilkadziesiąt powojennych lat w oficjalnym obiegu informacji problem ten praktycznie nie istniał. Zresztą także i później jakoś nie mógł się przebić do dyskursu przestrzeni publicznej. Dopiero Wojciech Smarzowski w „Wołyniu” pokazał szerokiemu odbiorcy, czym były rzezie Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Przyczyniając się do wzrostu świadomości Polaków (zwłaszcza młodzieży), film na nowo wykopał rów między Polakami i Ukraińcami. Ci drudzy zabronili wyświetlania „Wołynia” w swoich kinach, bo godzi on w ludzi uważanych na Ukrainie za bohaterów narodowych. – Ukraińcy niestety nie poszli w ślady Niemców i nigdy nie potępili autorów mordów na Polakach. Nie odcięli się od nich. To niepokojące, zwłaszcza że ukraiński rząd oficjalnie stawia pomniki przywódcom UPA i stosuje nacjonalistyczną retorykę – powiedział Stanisław Srokowski. Dlatego też wydaje się, że rzeź wołyńska jeszcze długo będzie ważyła na współczesnych stosunkach polsko-ukraińskich.

T.O.

1  2

3  4

5  6

8  9